Felieton: Okiem zwykłego mieszkańca/ felieton Ariela /

0
791

Okiem zwykłego mieszkańca
/ felieton Ariela /

Zadawaliście sobie kiedyś pytanie: „Za co lubicie Knurów?” lub „Czy dobrze mi się mieszka w Knurowie?”. Gdy byłem nieco młodszym chłopakiem, właśnie takie pytania sobie zadałem. Jak kończyłem szkołę średnią uważałem, że nie ma miejsca dla mnie w naszym mieście. Miałem wrażenie, że nasze miasto się nie rozwija, nie ma zbyt wiele aby zaoferować cokolwiek młodzieży, która wchodzi w wiek dorosłości. Nigdy nie wstydziłem się naszego miasta, ale nie chełpiłem Knurowa i tego, że stąd pochodzę. Dość szybko podjąłem decyzję o wyprowadzce do innego miasta.

W swoim krótkim jeszcze życiu mieszkałem w kilku miejscowościach, ale skupię się na sąsiednim mieście czyli Gliwicach. Plan był prosty – przenieść się do miasta gdzie tętni życie. Pierwsze tygodnie większym miastem i jego możliwościami to była fascynacja. Chciało się być w kilku miejscach na raz, podziwiałem architekturę i zastanawiałem się gdzie ludzie tak pędzą. Gdy zapadał zmrok udawałem się na Rynek gdzie toczyło się życie towarzyskie. Gwar, śmiech, śpiewy… to zupełnie inny świat. Knurów wypadał blado na tle innego miasta, to tak jakby nagle po 20:00 w Knurowie ktoś za pomocą przycisku wyłączył zasilanie wszystkim mieszkańcom.

Wszystko było piękne i fajne, aż do momentu kiedy na poważnie musiałem potraktować pracę i studia. Już nie było tyle wolnego czasu, aby imprezować i korzystać z uroków większego miasta. Te uroki krok po kroku stawały się zmorą. Zaczęło mnie drażnić, a wręcz przeszkadzać. Hałas w większym mieście nie znika wieczorową porą, on jest zawsze – zwłaszcza jak się mieszka w samym jego centrum. Zwyczajnie zacząłem tęsknić za… spokojem, który gwarantował mi Knurów. Żeby każdy mnie dobrze zrozumiał – to nie było tak, że z dnia na dzień zrezygnowałem z wypadów na Rynek czy inne miejsca. Pojawiałem się, ale z mniejszą częstotliwością. Czasami podczas rozmów przy piwie ludzie podpytywali mnie skąd jestem – bywało tak, że na słowo „Knurów” wybuchali śmiechem, ale większość opinii była pozytywna. Dziwili się, że podjąłem decyzję o przeprowadzce, ponieważ oni sami mają w planach „ucieczkę” z Gliwic do Knurowa w celu założenia rodziny. Moi rozmówcy podkreślali, że fajne jest życie w Gliwicach dla młodej osoby, ale jeśli planujesz poważne, dorosłe życie zaczniesz szybko poszukiwać spokoju, ciszy, dobrych warunków do życia i żeby jednocześnie nie było daleko do miejsca pracy.

O Knurowie mówi się, że jest „sypialnią” Gliwic. Coś w tym jest, znam parę osób, które przeprowadziły się do naszego miasta choć ceny mieszkań nie są wcale niższe od Gliwic. Gdy pytam o powody decyzji zazwyczaj pojawiają się te same: cisza, spokój, wszędzie jest blisko, są sklepy, przedszkola i szkoła prawie pod domem, kilka fajnych restauracji aby się zrelaksować. Jeśli planujesz dyskotekę lub inną zabawę taneczną jedziesz do Gliwic lub Katowic. Te osoby nie chcą dyskotek czy wielkich klubów w Knurowie – wręcz przeciwnie, tutaj mają swoją oazę spokoju i uważają, że zamknięcie lokali typu Power Play dało wiele korzyści i „uspokoiło” samo miasto.

Po kilku latach wróciłem do Knurowa gdzie mam rodzinę i przyjaciół. Wróciłem z inną perspektywą i zacząłem doceniać nasze miasto. Pamiętam Knurów z lat dziewięćdziesiątych i z miasta szarego, brudnego, trochę zaniedbanego wyłania się obecnie obraz miejscowości kolorowej gdzie czas jakby płynął wolniej. Najbardziej mnie ucieszyła rzecz bardzo przyziemna: mogę bez obaw w upalny wieczór otworzyć okno i panuje piękna cisza. W Gliwicach też to mogłem zrobić, ale noc zazwyczaj była nieprzespana przez okrzyki nocnych marków i ruch drogowy, który nawet wtedy nie ustawał.

Miasto cały czas się rozwija, infrastruktura się poprawia, jest o wiele bezpieczniej niż kiedyś (ktoś, kto pamięta czasy Power Play lub to co się działo na osiedlach Redyna i Kolonia dobrze wie o czym piszę), mamy kilka fajnych lokali gdzie można zjeść smaczny obiad lub spędzić czas z rodziną i przyjaciółmi. Też kiedyś myślałem, że gdyby Knurów stworzył Rynek to miasto by tętniło życiem – po kilku latach mieszkania w innym mieście zrozumiałem, że nie jest to warunek konieczny – uważam, że Knurów tego nie potrzebuje, pewna harmonia zostałaby w tym przypadku zachwiana.

Żeby docenić walory mieszkania w Knurowie trzeba zmienić punkt widzenia – wtedy perspektywa jest inna, jesteśmy bardziej obiektywni w swoich ocenach. Są tutaj jeszcze pewne mankamenty np. więcej imprez kulturalnych, wydarzeń dla mieszkańców. Raz w roku Dni Knurowa to trochę chyba za mało. Pamiętacie niedzielne festyny przy kręgu na Gwarku? Trzeba sobie powiedzieć wprost – warto równać się do większych miast, ale musimy mierzyć siły na zamiary – pewnej tożsamości od siebie nie odrzucimy i zawsze będziemy tymi mniejszymi.

Jakie mam najlepsze wspomnienie z naszym miastem? Jest ono bardzo odległe i młodsi mieszkańcy Knurowa nie mają prawa tego pamiętać. Kiedyś do naszej miejscowości przyjechał zespół „Smokie”, koncert odbył się na górce w parku przy ulicy Ogana. Miałem to szczęście stać przy barierkach i gdy odwróciłem swoja głowę do tyłu zobaczyłem las ludzi, który nie miał końca. Dla młodego chłopaka w tamtych czasach ten widok robił piorunujące wrażenie.

Wiem jedno – Knurów to jest moje miejsce na ziemi i już nigdy stąd nie wyjadę…

To był felieton „Okiem zwykłego mieszkańca”. Bo jestem zwykłym mieszkańcem Knurowa.
Pozdrawiam, Ariel Wojdowski

Fot. Agnieszka Łyko