Okiem zwykłego mieszkańca/ felieton Ariela /: Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją

0
251
Okiem zwykłego mieszkańca
/ felieton Ariela /
 
Dzisiejszy felieton nie będzie przypadkowy. Będzie nawet trochę emocjonalny, mocno prywatny i z pewnością przydługi, więc zastanów się czy na pewno chcesz go przeczytać. Podobny wpis umieściłem rok temu na swoim prywatnym profilu i dzisiaj przenoszę go tutaj. Zazwyczaj staram się opisywać własną myślą rzeczy czy wydarzenia w taki sposób, aby zgadzały się z chronologią zdarzeń. W tym przypadku będzie podobnie. W najbliższą środę, 23 lutego będziemy obchodzić Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją. Nie wiem dlaczego nazwano ten dzień „świętem”, bo świętować tutaj nie ma czego. To paskudztwo potrafi zniszczyć ludziom życie na tyle, że układają oni sobie własny nekrolog.
Według Światowej Organizacji Zdrowia depresja stanowi obecnie czwarty najpoważniejszy problem zdrowotny na świecie. Ta niewidzialna choroba może dotknąć każdego człowieka niezależnie od wieku, statusu społecznego czy zasobności portfela. Często czytamy o osobach z pierwszych stron gazet, że cierpią na depresję. Wtedy też pojawiają się komentarze lekceważące te zjawisko. Czytelnicy potrafią się zbulwersować twierdząc, że jak taki człowiek, mający pozycje, pieniądze, piękną kobietę może mieć depresję. Może, jak najbardziej. To nie jest choroba dedykowana dla osób, którym się w życiu nie powiodło. Wydaje się nam, że bogactwo, wcześniej wspomniany status społeczny czy urodziwy partner, to sposób na szczęście i piękne życie.
Mówi się, że pieniądze szczęścia nie dają, ale lepiej się żyje z walizką pieniędzy pod poduszką niż pod mostem bez grosza przy duszy. Zdarza się jednak tak, że dobre zarobki, dostojne życie nie potrafią uleczyć duszy i umysłu. W 2009 roku niemiecki bramkarz Robert Enke popełnił samobójstwo rzucając się pod pociąg. Przez lata zmagał się z depresją i nie zdołał znaleźć sposobu na to, by wyjść na prostą. Znaleziono pożegnalny list, w którym przeprosił rodzinę oraz lekarzy za to, że ukrył przed nimi swoją chorobę, która popchnęła go do tego czynu. Miałem wtedy 20 lat i nie potrafiłem zrozumieć, skąd u niego pojawiła się depresja. Enke bronił wtedy w słynnej Barcelonie, więc szybko w głowie układałem jakie musiał mieć „fajne” życie, bo przecież był piłkarzem, a oni sporo zarabiają. Każdy chciałby być na jego miejscu! Dopiero gdy „zagłębiłem” się w temat, zmieniłem tok rozumowania. Problemy psychiczne były efektem wielu koszmarnych momentów w prywatnym życiu i w zawodowym. Enke bał się, że jego choroba wyjdzie na jaw i zostanie mu przyklejona łatka, która pociągnie za sobą ogromne konsekwencje.
Przez wiele lat spawa depresji była uznawany za temat tabu. Mam wrażenie, że społeczeństwo nadal lekceważy tę chorobę. Każdy przypadek depresji jest zupełnie inaczej uwarunkowany, ma inny powód. Czasami jest to utrata kogoś bliskiego, niezrozumienie społeczne, niedostrzeganie własnej egzystencji. Osoby, które na nią cierpią starają się z nią żyć, a nie walczyć. Głównie dlatego, że się boją reakcji otoczenia lub zwyczajnie się wstydzą. Betonują swoją pustkę i wewnętrzne rozbicie. Często potrafimy pomylić depresję z tzw. „gorszym samopoczuciem”. Wtedy popełniamy jako obserwatorzy takiej sytuacji największy błąd – zaczynamy wydawać rozkazy osobie, która jest chora, że ma się wziąć w garść, wstawać i cieszyć się dniem. Przynosi to niestety odwrotny skutek.
Też miałem do czynienia z tą chorobą. Błąd. Z tego paskudztwa nie jesteś w stanie się wyleczyć. To jak z alkoholizmem – alkoholikiem się jest, a nie bywa. Zawsze trzeba mieć z tyłu głowy, że depresja może wrócić. Większość mnie zna jako gościa, który potrafi dość ironicznie podchodzić do poważnych tematów, czasami zalatuje to hejtem, czasami irracjonalizmem, a czasami zwyczajnie „śmieszkuję”. Gdzieś nawet wyczytałem nowe określenie co do swojej osoby: Profesor, który zna się na wszystkich problemach społecznych. Zazwyczaj jestem pogodny, z luźną „gadką”, nie mający raczej problemów z nawiązaniem kontaktów międzyludzkich. Kilka lat temu przechodziłem depresję. Depresję połączoną z patologicznym hazardem. Nie robię z tego żadnej tajemnicy. Miałem to szczęście, że udało mi się z tym uporać z pomocą najbliższych i specjalistów.
Moją chorobą współistniejącą był hazard. Nie radziłem sobie z problemem, grałem więcej i przegrywałem więcej. Usiłowałem sam sobie dać radę, bo też częścią mojego charakteru jest bycie silnym. Niestety, sytuacja życiowa się pogarszała, kondycja finansowa przez hazard także. Miałem też kłopoty somatyczne – jakieś kołatania serca, problemy z żołądkiem, bóle głowy pojawiające się zupełnie znienacka, jak również takie chwile, kiedy trudno było mi się za cokolwiek zabrać. Izolowałem się od ludzi, zamykałem się w domu, nie chciałem nikogo oglądać i dopiero po kilku dniach mogłem „wyjść z jaskini” i jakoś funkcjonować. Wychodziłem ze sztucznym uśmiechem na ustach, a potem wracałem do pustego wówczas mieszkania i budził się we mnie ogromny stres, a nawet panika.
Z czasem pojawiły się także wyrzuty sumienia, bezradność, poczucie winy, że zawiodłem. Brakowało mi energii, tak jakby życie z Ciebie uchodziło. Pojawiło się uczucie stałego zmęczenia, trudności w skupieniu się, myśleniu, podejmowaniu decyzji, zaburzenia snu, lęk, uczucie stale występującego napięcia aż w końcu myśli o śmierci. Nawet praca, która dawała mi mnóstwo satysfakcji już nie działała tak kojąco. Nigdy jej nie zawaliłem, bo to był mój cel, którego trzymałem się bardzo mocno. Choć z każdym kolejnym miesiącem traciłem motywację, skrzętnie to ukrywałem robiąc niezbędne minimum. Wtedy bardzo trudne były noce, kiedy nie zmęczyłem się w ciągu dnia na tyle, aby zasnąć chociaż na kilka godzin. W takich momentach myśli biegną jedna za drugą, kłębią się, galopują, głowę wypełnia lęk, że wszystko stracę, że wszystko jest beznadziejne, że to co robię w życiu nie ma sensu.
Prawda ukrywana pod stertą kłamstw i żelazną maską z przyklejonym uśmiechem, w końcu ujrzała światło dzienne. Ktoś zobaczył to, czego nie widzieli inni i zainterweniował. W takim przypadku nie ma mowy, żeby samą siłą woli wyjść z choroby. Tutaj z pomocą pojawili się w bliscy, którzy podeszli do tematu tak jak należy. Przede wszystkim rozmawiali ze mną, a nie z chorobą. Przygotowaliśmy wspólnie „plan naprawczy”, do tego terapia, psycholog… to było ciężka i żmudna praca. Gdy wszyscy zakładali rodziny i wchodzili w kolejny etap poważnego dorosłego życia, ja wtedy się strasznie pogubiłem i ten rozdział w życiu przesunął się w latach. Musiałem odbudować siebie, swoje życie, swoje zdrowie, swoje finanse i zacząć żyć od nowa.
Decyzja o ujawnieniu się długo we mnie dojrzewała. Od dwóch lat rozmawiam o tym swobodnie, nie traktuję tego jako temat zakazany, o którym nie wolno mówić głośno. Z racji, że mam taką możliwość postanowiłem opisać mój przypadek szerszemu gronu odbiorców. Nie oczekuję setki polubień czy komentarzy. Mam nadzieję, że większość przebrnęła przez mój emocjonalny felieton. Chciałem zwrócić tylko uwagę na problem depresji. Ona jest obok nas. Może mój wpis spowoduje, że zaczniemy odważniej rozmawiać na temat tej choroby, która dotyka coraz więcej osób.
Pamiętajcie, depresję ciężko dobrze zdiagnozować. Nie lekceważcie nikogo, kto ma wahnięcia nastrojów, kto wysyła sygnały, że jest mu źle. U mnie przez pierwsze tygodnie jakoś mi się udawało ten smutek przykrywać moją własną, daną mi przez naturę wewnętrzną radością, a jak zdarzało mi się napomknąć o złym nastroju to nikt nie zareagował. Bądźmy czujni, nie bagatelizujmy objawów i mówmy o nich. Depresja to choroba, która się rozszerza wraz z pędem życia, którego często nie potrafimy dogonić i potrafi je nagle mocno wyhamować.
 
To był felieton „Okiem zwykłego mieszkańca”. Bo jestem zwykłym mieszkańcem Knurowa.
Pozdrawiam, Ariel Wojdowski
Fot. własne