Okiem zwykłego mieszkańca / felieton Ariela / – „Matura to bzdura”

0
150

Okiem zwykłego mieszkańca
/ felieton Ariela /

„Matura to bzdura” – wielu z nas tak mówiło przed podejściem do egzaminu dojrzałości. Dla jednych jest to bilet wstępu do dalszej edukacji, dla innych niepotrzebny papierek. Tegoroczni absolwenci szkół średnich właśnie są za egzaminami i oczekują na wyniki. Czy matura jest niezbędna i faktycznie od niej zależy nasza potencjalna kariera zawodowa?

Znaczne grono ludzi uważa, że matura to najważniejszy egzamin na świecie i bezdyskusyjnie to od niego wszystko zależy. Sam tak kiedyś uważałem, dzisiaj mam zgoła odmienne zdanie. Matura jest potrzebna do jednej, jedynej rzeczy – aby dostać się na studia. Przez wiele lat utarło się, że to priorytet i koniecznie trzeba iść na studia, bo inaczej nie dostaniesz pracy, a jak mawiała moja nauczycielka z języka polskiego „bez wyższego wykształcenia będziesz kopał rowy”. Kurczę, z perspektywy czasu, to właśnie operator koparki, dźwigu lub innego sprzętu budowlanego ma bardzo dobrą stawkę w porównaniu do osób, które mogą się pochwalić tytułem magistra i sprzedają frytki w popularnej sieciówce oferującej fast-foody. Znam wiele osób, które co prawda maturę mają, ale nie kontynuowali swojej edukacji lub przerwali ją po pierwszej oblanej sesji. Wcale na tym źle nie wyszli: jedni mają własne biznesy, inni zdobyli przeróżne uprawnienia i kursy, które pozwoliły im zawodowo się spełnić. Nie, wcale nie pracują fizycznie, a wręcz przeciwnie. Spokojna praca, kaweczka w ulubionym kubeczku, wyjście na papieroska wtedy kiedy chcesz i bardzo godziwa pensja, która wpada na konto bankowe.

Oglądaliście „Dzień Świra”? Tam główny bohater wypowiada takie o to zdanie: „Co za ponury absurd, żeby o życiu decydować za młodu, kiedy jest się kretynem.”. Jakie to prawdziwe… sam po latach stwierdzłem, że troszeczkę inaczej pokierowałbym swoją edukacją zwłaszcza przy wyborze szkoły średniej. Po ukończeniu samego liceum i zdaniu egzaminu dojrzałości tak naprawdę nie ma się żadnego zawodu. Poszedłem do pracy, rozpocząłem studia humanistyczne… i kompletnie nic nie poukładało się tak, jak wówczas planowałem. Studiów nie ukończyłem, w dodatku zmieniłem kompletnie branżę, w której pracuję, gdzie tytuł magistra z komunikacji społecznej byłby mi zbędny. Gdy kończyłem gimnazjum rodzice wpajali mi, że MUSZĘ iść do liceum, a potem MUSZĘ dostać się na studia. A mogłem zrobić sobie tzw. „fach w ręku” i z pewnością źle by tam nie wyszedł. Ale nie narzekam, bo udało mi się tak poprowadzić swoją karierę zawodową, że z głodu nie umieram.

Wracając do matury… zdałem ją bez większych problemów. Kujonem nie byłem, dobre oceny przeplatałem słabszymi – czyli tak zwyczajny uczeń. Jak wracam pamięcią przypominam sobie jedną osobę, która przez trzy lata trwania liceum błyszczała, była najlepszym uczniem, czerwone paski na świadectwach, a „piątkę” można było wpisać tej osobie do dziennika zanim ona cokolwiek powiedziała. I wiecie co? Zdała maturę, ale na bardzo żenującym poziomie. To była prawdziwa tragedia dla tej osoby. I nie dlatego, że zlekceważyła egzamin i nie nauczyła się. Brakło po prostu szczęścia. Pytania nie podeszły, temat rozprawki nie był taki jak trzeba, a klucz odpowiedzi przewidywał co innego.

No właśnie… KLUCZ. Przez cały okres szkoły średniej uczyli nas, że odpowiada się według klucza, że nie ma innej dobrej odpowiedzi. Zaś na studiach przewrócili nam świat do góry nogami mówiąc, że musimy otworzyć umysł i każda odpowiedź, każda interpretacja może być dobra. Generalnie jestem zdania, że edukacja w Polsce leży i kwiczy, a każdy etap szkolny działa na zasadzie „każdy sobie rzepkę skrobie”. Co kilka lat zderzaliśmy się z rzeczywistością wychodząc z budynku szkoły… głupsi. Jak sobie przypomnę jakich rzeczy uczyliśmy przez okres szkoły średniej, a po pierwszym roku pracy nie potrafiłem podatku dochodowego od osób fizycznych obliczyć, to aż mnie nieprzyjemne ciarki przechodzą. Ile wzorów matematycznych musieliśmy mieć w głowie a dzisiaj ciężko jest niektórym obliczyć pensję, dodatki, składki itp. itd.

Swoją drogą, gdy weszło w życie myślenie, że każdy MUSI mieć maturę a potem każdy MUSI iść na studia, spowodowało, że zaczęto likwidować na potęgę szkoły zawodowe, które uczyły przyszłych kucharzy, kelnerów, mechaników samochodowych czy fryzjerów. Dzisiaj brakuje fachowców, a jak takowego znajdziemy, to liczy sobie krocie za usługę. Trzeba powiedzieć sobie wprost: przez kolejne reformy edukacji zrobiła się pokoleniowa przepaść w tych zawodach. Brakuje następców, niby sporo osób może pochwalić się tyloma tytułami, że na wizytówce brakuje miejsca, a jak przyjdzie wymienić uszczelkę pod zlewem, to załamują ręce. Na szczęście szkoły zawodowe ukierunkowane na konkretny zawód wracają do łask. To dobrze, może za kilka lat ktoś mi w końcu wymieni tę uszczelkę.

Czy posiadanie matury świadczy o inteligencji drugiego człowieka? Nie! Jest wiele znanych, wybitnych osób, które tego papierka nie posiadają. Wiedzę ma się w głowie i najważniejsze, to umiejętność korzystania z niej w codziennym życiu. Co jest lepsze: posiadanie matury czy fach w ręku? Uważam, że w obecnych czasach znacznie lepiej jest posiadać to drugie. Tak naprawdę egzamin dojrzałości jest wstępem na studia, ale wcale nie gwarantuje znalezienia dobrej pracy. Obecni pracodawcy liczą sobie bardziej zdobyte uprawnienia i doświadczenie niż ukończenie najlepszej uczelni na świecie. Zawsze też można być absolwentem Wyższej Szkoły Robienia Hałasu – swego czasu sporo osób chwaliło się, że uczęszczały na tę uczelnię.

Tak więc tegoroczni maturzyści: Nie przejmujcie się jeśli nie zdacie. Są poprawki, można też za rok spróbować. Wasz świat się nie zawali jeśli coś pójdzie nie tak. Nie dajcie sobie wmówić, że od tego zależy Wasze życie. Wasze życie zależy tylko i wyłącznie od Was.

To był felieton „Okiem zwykłego mieszkańca”. Bo jestem zwykłym mieszkańcem Knurowa.
Pozdrawiam, Ariel Wojdowski

Fot. Canva