Okiem zwykłego mieszkańca / felieton Ariela /

0
259

Okiem zwykłego mieszkańca
/ felieton Ariela /

W naszej kulturze przyjął się pewien stereotypowy obraz Polaka-pijaka. W przeróżnych badaniach, statystykach widniejemy jako naród, który lub pić alkohol. Przeciętny Polak spożywa rocznie około 10 litrów czystego alkoholu, co jest okazałym wynikiem, choć nie najwyższym w Europie. Bardziej przeraża fakt, że zawsze znajdziemy okazję by sięgnąć po napój wyskokowy. Pijemy, gdy się smucimy i pijemy, gdy jesteśmy szczęśliwi.

Jest to pewnego rodzaju fenomen. Dostałeś awans w pracy – napijmy się! Wyrzucili Cię z roboty – napijmy się! Twoja drużyna wygrała mecz – napijmy się! Twoja drużyna przegrała mecz – napijmy się! Cokolwiek wydarzy się w naszym życiu, możemy to odpowiednio „świętować”. Wstydliwa tradycja, którą traktujemy jak dumę narodową.

Pijemy z różnych powodów. Poprawia nam to humor, potrafi nas odprężyć, a niektórzy robią to dla rozrywki. Nie każdy staje się od razu alkoholikiem, ale spożywanie alkoholu może stać się rytuałem. Myślenie, że osoba, która upija się tylko w weekend, a w poniedziałek wraca do normalności czyli wstaje i idzie do pracy nie jest uzależniona, jest mylące. Możemy mieć wtedy do czynienia z alkoholizmem weekendowym.

Wszystko zaczyna się standardowo. Zbliża się weekend, człowiek planuje odpocząć i przestać myśleć o pracy, spotyka się ze znajomymi i pije alkohol. W polskiej kulturze alkohol towarzyszy ludziom przy każdej okazji, na imprezach, luźnych spotkaniach. Picie co weekend ciężko jest jednoznacznie określić alkoholizmem, ponieważ częściej przyjmujemy to bardziej jako normę społeczną. Granica między piciem okazjonalnym a alkoholizmem weekendowym jest bardzo cienka. Gorzej jeśli dochodzi natrętne myślenie o wypiciu alkoholu w zbliżający się weekend i jest to nasz jedyny pomysł na spędzenie wolnego czasu.

Lubimy także użyć argumentacji, że musimy się napić, bo to nasza reakcja obronna na otaczający nas świat. Generalnie potrafimy znaleźć przeróżne motywacje, które skłaniają nas do spożywania alkoholu. Pijemy, żeby nie czuć się wykluczonym lub staramy się dopasować do innych. Gdy dojdzie do tego sakramentalne wręcz zapytanie „ze mną się nie napijesz?” to już wiemy jaka odpowiedzieć może być jedyna i słuszna. Jest to argument ostateczny często wykorzystywany podczas spotkań towarzyskich.

Wkrótce święta, a to kolejna doskonała okazja, by sięgnąć po alkohol. Dawno nie widzieliśmy się z dalszą rodziną, a że większość z nas ma wówczas wolne od pracy, to nagle pojawiają fundamenty pod to, aby wziąć szkło w dłoń. Zobaczcie co się dzieje, gdy zbliża się majówka lub inny długi weekend. Sklepowe półki z alkoholem potrafią być puste w ciągu kilkudziesięciu minut, a jeśli do tego dojdzie jakaś promocja w stylu „kup dziesięć sztuk, a kolejne dziesięć będzie gratis” to asortyment z procentami znika w mgnieniu oka.

Zapewne większość z nas pamięta obecność alkoholu już z dzieciństwa. Dorośli w naszym otoczeniu bez większych skrupułów sięgali po niego. A to urodziny, a to odwiedziny ciotki, wujka… Nie chodzi o to, że byli przy nas pijani, ale po prostu po spożyciu. Picie alkoholu jest na tyle znormalizowane, że dzieci oswajają się z nim od najmłodszych lat, czasem wręcz słysząc o nim wprost jako o sposobie dorosłych na rozluźnienie czy odreagowanie. Później te wzorce są powielane i akceptowalne. Sam alkohol był nam pokazywany jako zakazany owoc, który z drugiej strony jest atrybutem dorosłości. Nastolatkowie sięgają po niego by np. przynależeć do danej grupy społecznej, nie chcą zostać odrzuceni czy wykluczeni.

Nie ma się co oszukiwać. Traktujemy alkohol jako terapeutyczny środek na wszelkie problemy. Często też romantyzujemy samo jego spożywanie, zwłaszcza gdy robimy sobie drinka tłumacząc się ciężkim dniem i jest to nasze usprawiedliwienie. Czasami także uważamy, że to dla zdrowotności, a ponadto wmówiliśmy sobie, że alkohol doskonale redukuje napięcie, dodaje nam odwagi i pojawia się euforia, której wcześniej nie było.

Nie ma nic złego w samym korzystaniu z alkoholu, bo najważniejszy jest zdrowy rozsądek. Problem pojawia się, kiedy zaczyna on nam rekompensować braki w innych dziedzinach życia. W nałóg można wpaść tak szybko, łatwo i niezauważalnie, praktycznie z dnia na dzień…

To był felieton „Okiem zwykłego mieszkańca”. Bo jestem zwykłym mieszkańcem Knurowa.
Pozdrawiam, Ariel Wojdowski

Fot. Canva