Okiem zwykłego mieszkańca / felieton Ariela /

0
163

Okiem zwykłego mieszkańca
/ felieton Ariela /

Są różne formy spędzania wolnego czasu i tzw. „wyłączenia” się od codziennych spraw. Można podróżować, zdobywać szczyty, pójść się na spacer do lasu, pojechać nad wodę, wybrać się na przejażdżkę rowerową czy najzwyczajniej w świecie zaszyć się w domowym zaciszu np. z książką w dłoni. Wtedy najważniejsze jest te oczyszczenie, wyciszenie wewnętrznego „Ja” i nabranie dystansu do pewnych spraw.

Chyba każdy z nas swój wolny czas poświęca rozmaitym rozrywkom i zainteresowaniom, które dają ukojenie po ciężkim tygodniu roboczym lub po prostu pozwalają uciec choć na chwilę od smutków czy problemów. Jestem z pokolenia, które za dzieciaka nie miało tak łatwego dostępu do internetu jak dziś. Ba! Nawet niewielu z nas miało komputer w swoim domu, a jeśli miałeś np. konsolę typu „Pegasus” to byłeś „gość” na osiedlu. I do tego ta nieśmiertelna melodyjka z Super Mario kiedy to pokonywałeś kolejne poziomy, aby uratować księżniczkę. Oj, chodziło się na targowisko wymieniać kartridże aby mieć nową grę i potem w domu następowało rozczarowanie pomieszane ze złością, gdy okazywało się, że etykieta na dyskietce nie odpowiada temu, co było zapisane na nośniku danych. Potem nastała era gier komputerowych szerokiej maści, gdzie jaraliśmy się grafiką, która dzisiaj byłaby wyśmiana: kwadratowe twarze, postacie podobne zupełnie do nikogo, wszędobylskie piksele czy zawieszający się obraz. Cieszyliśmy się z tego jak technika poszła do przodu i traciliśmy mnóstwo czasu by rozegrać choć jedną partyjkę w ulubioną grę.

Gdy większość moich kolegów grała w popularne „strzelanki” i wypełniało przeróżne misje, ja byłem pochłonięty rozgrywkami piłkarskimi na wirtualnym boisku. Mogłeś się wcielić w managera drużyny lub w samych piłkarzy, którzy ogrywali najlepsze kluby na świecie w drodze po mistrzowski tytuł. Sporo czasu „straciłem” także na „Simsach” gdzie tworzyło się człowieka i prowadziło się go przez życie. Gdybym napisał, co wówczas niektórzy gracze robili ze swoimi „Simami” (tak nazywały się postacie w tej grze), to z pewnością za młodu zostaliby wysłani do psychologa z podejrzeniem nadpobudliwości, nieuzasadnionej agresji czy skłonności do dręczenia. Po latach pojawił się nawet artykuł o „Simsach”, który mówił, że owy symulator życia dla wielu graczy był okazją do przeprowadzania dziwnych społecznych eksperymentów. Np. zabierano drabinki z basenu podczas gdy nasz „Sim” z niego korzystał i nie mógł się wydostać, więc nasz wirtualny człowiek umierał. Było jeszcze wiele innych i gorszych sadystycznych metod traktowania „Simów”, ale właśnie „motyw” z demontażem drabinki podczas korzystania z basenu był najpopularniejszy.

Fachowcy twierdzą, że dzisiejsze gry komputerowe są jeszcze gorsze i mają negatywny wpływ na młodych graczy. Mordowanie, krew, gwałty, nagość i wiele, wiele innych podobnych aspektów są na porządku dziennym. Chyba się cieszę, że urodziłem się pod koniec lat 80-tych i pewne rzeczy powstały, gdy przestały mnie interesować gry wirtualne. Owszem, zdarza się od święta „pyknąć” partyjkę z kolegą z w legendarną Fifę czy NBA. Częściej jednak ze znajomymi gramy w różnego rodzaju planszówki lub gry karciane. Coś, co w młodzieńczych latach wydawało się rozrywką na nerdów i nudziarzy, dzisiaj natomiast ogromnie cieszy i powoduje, że zatracamy się w rozgrywce na kilka godzin. Mamy w swojej ekipie osobę, którą nazywam „Mistrzem gry” – potrafi w sposób prosty i zrozumiały wytłumaczyć każdą, nawet najbardziej zagmatwaną rozgrywkę. Mam kilka ulubionych „gier bez prądu”: 5 sekund, Dixit czy Azut to pierwsze, które przychodzą mi do głowy. Zwłaszcza ta pierwsza powoduje, że każda rozgrywka kończy się śmiechem do rozpuku. Podczas jednego wieczoru przy tej grze, nasz znajomy pod presją czasu (każdy gracz ma pięć sekund na odpowiedź) musiał wymienić trzy zupy, które można zjeść na zimno i wówczas odpowiedział: zimny rosół, zimna pomidorowa i zimna jarzynowa. Wybuchnęliśmy śmiechem ale uznaliśmy odpowiedź za poprawną, ponieważ każdą z wymienionych zup można zjeść nie podgrzewając jej.

Wyznaję teorię, że „trzydziestka” to idealny czas aby grać w planszówki. Człowiek już nie gania za szaleństwami, głupotami, jest bardziej ułożony i stonowany. Trochę żałuje, że dość późno zacząłem przygodę z tą wersją rozrywki. Planszówki wymagają realnego towarzystwa, pomagają podtrzymywać relacje międzyludzkie z najbliższymi czy również ze znajomymi, którzy wpadają „na partyjkę”. Można też poznać wiele nowych ciekawych osób i nawiązać fajne relacje, bo przy planszówkach można rozmawiać o wszystkim. Spotkania wtedy wchodzą na wyższy poziom, czas płynie zupełnie inaczej, nie widujemy się tylko po to by wypić ulubiony trunek i omówić sytuację polityczną w kraju. To też swego rodzaju rywalizacja, bo gra grą, spotkanie spotkaniem, ale w każdą grę chce się wygrać i zaznać magiczną chwilę triumfu nad innymi. No bo kto nie lubi wygrywać, prawda?

Umiejętności wzięte z gier planszowych można przełożyć także w jakimś sensie na świat rzeczywisty i je wykorzystać. Da to nam sporo alternatywnych wyjść z różnych patowych sytuacji. Planszówki bardziej łączą ludzi, niż gry wirtualne. Moim zdaniem gry bez prądu wzmacniają inwencję twórczą, pomagają walczyć ze stresem, poprawiają refleks oraz umiejętność analizy. Są też wspaniałym dodatkiem do imprez, pobudzają wytwarzanie endorfin, a przede wszystkim odciągają nas od ekranów telefonów czy komputerów.

Są gry planszowe przeznaczone zarówno dla dzieci, ale są też dedykowane tylko i wyłącznie dla dorosłych. Wtedy możemy się sprawdzić np. na ile znamy swoją „drugą połówkę”, albo dodać trochę pikanterii do swojego związku. Jest jeszcze wiele innych pozytywnych aspektów grania w planszówki i można byłoby o tym pisać i pisać. Cieszy to, że mimo iż gry bez prądu mają już bogatą historię, nie odeszły i raczej nie odejdą do lamusa choćby nie wiem jakie super-hiper-wersje konsol do gier wirtualnych wyjdą w przyszłości. Choć dalej jesteśmy nieco zabiegani, bo życie nie zwalnia, ono tylko przyśpiesza, ale potrafimy się zatrzymać, spotkać się we wspólnym gronie by zapomnieć o wszystkim i skupić się na danej rozgrywce. Planszówki to bardzo dobry pretekst aby zaaranżować spotkanie ze znajomymi.

Osobiście bardzo lubię planszówki oraz wszelkie podobne gry bez tzw. prądu i cieszę się, że dałem się do nich przekonać po latach. Lepiej późno niż wcale, prawda? Może jest tak, ponieważ nigdy nie pragnąłem być posiadaczem jakiejkolwiek konsoli i poznałem w swoim życiu wielu ludzi, którzy głównie preferują formę rozrywki „bez zasilania”. Swoją drogą jestem ciekaw czy w naszym mieście przyjąłby się lokal oferujący gry w planszówki? Taka planszówko-kawiarnia w Knurowie – zdałoby to egzamin? Jak myślicie?

A Wy Drodzy Czytelnicy macie jakąś swoją ulubioną planszówkę? 🙂

To był felieton „Okiem zwykłego mieszkańca”. Bo jestem zwykłym mieszkańcem Knurowa.
Pozdrawiam, Ariel Wojdowski

Fot. Canva