Okiem zwykłego mieszkańca / felieton Ariela /

0
250

Okiem zwykłego mieszkańca
/ felieton Ariela /

Maj to jeden z moich ulubionych miesięcy. To wtedy wiosna ostatecznie pokonuje zimę, jest majówka i inauguracyjne odpalanie grilla. Miesiąc maj to także ważny katolicki moment w życiu rodzin, gdzie ich dzieci przyjmą pierwszy raz bardzo ważny sakrament jakim jest Komunia Święta. Kiedyś było to bardzo ważne duchowe przeżycie, dzisiaj komercyjne szaleństwo, które wydaje się, że z roku na rok przekracza swoje granice.

Prezenty, sala, jedzenie, goście, pieniądze – to są pierwsze myśli, gdy mówimy o Komunii Świętej – myślą tak zarówno organizatorzy oraz zaproszeni goście. Od wielu lat ten najważniejszy sens przyjęcia sakramentu w postaci ciała Chrystusa odszedł na dalszy plan. Świat już od dłuższego czasu tak się popsuł, ale my sami jesteśmy za to odpowiedzialni. Reżyserujemy finansowy horror przed wydatkami przy okazji komunii i innych obrzędów, w których uczestniczymy, a pretensje o gigantyczne koszty, które musimy ponieść powinniśmy mieć wyłącznie do siebie, bo sami naszym podejściem „nakręcamy” ten komunijny interes.

Jestem osobą nie wierzącą, do kościoła nie uczęszczam, ale sakrament Komunii Świętej przyjąłem. Nie zamierzam porównywać lat 90-tych do obecnych i tego jak wtedy wyglądała celebracja całego wydarzenia, bo nie ma to żadnego sensu ze względu na ekonomiczne warunki jakie nam wówczas towarzyszyły. To co jednak się dzisiaj dzieje, jaka otoczka jest wokół tej uroczystości, powoduje, że Komunia Święta to jest prawdziwe „show”, pokaz majętności czy statusu społecznego. Jeśli Jezus Chrystus istnieje, to chciałbym zobaczyć jego wyraz twarzy gdy widzi to, co się wyprawia.

Jak słyszę opowieści znajomych, którzy organizowali komunię swojego dziecka lub byli jako goście, to zastanawiam się: „co poszło nie tak?” Dzisiaj Komunia Święta przypomina małe wesele, z tą różnicą, że nie ma potencjalnego współmałżonka czy współmałżonki. Dzieci wysyłane do fryzjerów, kosmetyczek, samochody przystrojone, ogromna sala udekorowana na całonocną imprezę, DJ grający najnowsze hity, alkohol na stołach… chyba bym w wielkim zakłopotaniu szukał pary młodej albo zastanawiał się czy przypadkiem nie pomyliłem uroczystości. Do tego dochodzą prezenty – dzisiaj włożenie do koperty jednego banknotu o nominale 100 złotych to wstyd i obraza dla dziecka oraz jego rodziców. Smartfon? Może być, ale ten z najwyższej półki. To samo z tabletami i innymi urządzeniami. Daje się jeszcze rowery z okazji Pierwszej Komunii Świętej? Żeby było jasne, mam na myśli taki jednośladowy pojazd kołowy, a nie markę samochodu.

Mieszkam w pobliżu szkoły podstawowej, gdzie jest wiele dzieciaków, które niedawno przyjęli lub najbliższej przyszłości przyjmą jeden z najważniejszych sakramentów. Nie sposób było nie podsłuchać ich rozmów. Dwóch chłopców zaczęło między sobą licytować się co otrzymają lub co otrzymali z okazji przyjęcia Pierwszej Komunii Świętej. Drony, wycieczki zagraniczne, laptopy, hulajnogi elektryczne… mógłbym tak wymieniać i wymieniać. Ok, to tylko dzieci i mogły trochę koloryzować i wyolbrzymiać pewne sprawy, ale jednak nie wydaje mi się, bo komunijne szaleństwo (chyba) nie zna granic.

Niestety, jak w wielu przypadkach ryba psuje się od głowy i na „dzień dobry” finansowy horror zaczyna się od księdza. To parafia ustala koszty, które muszą ponieść rodzice pod pretekstem ustrojenia kościoła, kupna książeczki do nabożeństwa, uszycia stroju komunijnego, pracy organisty czy zakupu różańca. Gdzieś w Polsce wybuchła mała afera o to, że ksiądz i jego parafia przy jednej komunii, w której będzie uczestniczyć około 80 dzieci zarobi ponad 20 tysięcy złotych. A gdyby to pomnożyć razy dwa lub trzy? Kurde, dlaczego nie poszedłem na księdza?!

Reszta zależy od nas. Począwszy od wynajęcia sali w restauracji, wyboru menu, po dodatkowe atrakcje. A takich nie brakuje! W internecie nie brakuje ofert przy organizacji imprezy pod Komunie Świętą w postaci dmuchanych zjeżdżalni, animatorów dla dzieci czy stoisk grillowych z obsługą. Niestety, sami jesteśmy winni takiemu stanu rzeczy. Wielokrotnie spotykałem się z sytuacjami, gdzie organizatorzy za wszelką cenę chcą się pokazać stosując zasadę „zastaw się, a postaw się”. Obojętnie czy przed rodziną czy znajomymi… zdjęcia z imprezy wrzucimy na fejsa, by dostać sporo „lajków” oraz po to by sąsiad spod „8” nam zazdrościł, że nas stać a jego nie.

Od najmłodszych lat uczymy dzieci, że „być znaczy mieć”. Jak nie masz, to jesteś biedny, jesteś nikim i nie żyjesz. Uczymy posiadania i mierzenia drugiej osoby za pomocą rzeczy materialnych, a nie tym jakim człowiekiem jesteś w środku i jak postępujesz. Liczy się to, co trzymasz w dłoni, a nie to, co masz w sercu i w głowie. Nie chcę generalizować i wrzucać wszystkich do jednego worka, bo nie w każdej rodzinie jest tak jak na powyższych przykładach. Znam przypadki, gdzie cała uroczystość jest skromna, a dziecko wie, że właśnie przed chwilą przyjął Jezusa Chrystusa do swojego serca i to jest najważniejsze w całym wydarzeniu. Niestety takie podejście jest rzadkością i ciężko będzie ten trend „Patrzcie na mnie i moje dziecko, bo mnie stać” odwrócić.

No dobra, wystarczy na dzisiaj. Na koniec tego felietonu zadam bardzo ważne pytanie osobom, które komunię miały X lat temu i dzisiaj są osobami dorosłymi. Proszę, zastanówcie się dobrze nad odpowiedzią 😉 Pytanie brzmi: „Co się stało z Waszymi pieniędzmi z komunijnych kopert?”

To był felieton „Okiem zwykłego mieszkańca”. Bo jestem zwykłym mieszkańcem Knurowa.
Pozdrawiam, Ariel Wojdowski

Fot. Canva