Okiem zwykłego mieszkańca / felieton Ariela /

0
424

Okiem zwykłego mieszkańca
/ felieton Ariela /

Rozpoczął się właśnie Wielki Tydzień. To okres, w którym najintensywniej przygotowujemy się do najważniej uroczystości chrześcijańskiej czyli Wielkanocy. No właśnie, mimo iż dla osoby wierzącej Zmartwychwstanie Jezusa jest najwyżej w hierarchii obchodzenia wszelakich obrządków w kwestii wiary, to w potocznej polskiej tradycji ma niższy status niż Boże Narodzenie. Jest mniej uroczyście, mniej gadżetów, mniej pompy medialnej. Prezenty się zdarzają, ale nie ma „przymusu” jak w Wigilię Bożego Narodzenia.

Odkąd pamiętam Święta Wielkanocne były jakby mniej istotne. W telewizji nie pojawia się ciężarówka z pewnym popularnym napojem gazowanym, nie ma rywalizacji o to, kto puści pierwszy George’a Michaela, ozdób w sklepach jest mniej, a na balkonach i domach nie ma pokazu swojej wyższości nad sąsiadem w liczbie migotających lampek. Nie widać zajęcy czy kurczaczków, które próbują dostać się do mieszkania w celu dostarczenia prezentów dla najmłodszych. Nawet bitwa producentów majonezu jest mniej popularna niż w grudniu. W supermarketach nie ma walki o jajka czy kiełbasę jak ma to miejsce np. jeśli chodzi o karpia na wigilijny stół. Brakuje tej całej otoczki, dlatego okres Wielkanocny jest taki byle jaki. A przecież Wielkanoc ma gigantyczne przesłanie. Jest przede wszystkim przesłaniem nadziei, że koniec nie jest żadnym końcem. Przeżywamy wtedy zwycięstwo życia nad śmiercią i doświadczamy największego, bo krwawego dowodu miłości Boga do ludzi. No i najważniejsze w tym całym zamieszaniu: celebrujemy to wszystko malując jajka i jedząc kiełbasę z chrzanem na śniadanie.

Już kilkukrotnie powtarzałem, że nie po drodze mi z wiarą i Bogiem. Nie jestem jednak totalnym ignorantem i szanuję tradycje, sam w nich po części uczestniczę. Uważam jednak, że sama Wielkanoc jest mizerna. Po części dobrze, że te święta nie są tak skomercjalizowane, bo skupiają się bardziej na uduchownieniu, przemyśleniu, ale w kontrze do Bożego Narodzenia wypadają kiepsko. Zaryzykuję stwierdzenie, że np. Poniedziałek Wielkanocny to dodatkowy dzień wolny w roboczym tygodniu. Z takiego założenia wychodzi wiele osób. W sumie najlepszy i najważniejszy jest fakt, że znajdujemy czas dla siebie, dla rodziny, dla najbliższych.

Mimo, że Wielkanoc jest arcychrześcijańska oraz ma pełno zwyczajów związanych z nadejściem wiosny, to może pochwalić się także przedchrześcijańskim rodowodem. Napiszę to wprost: Wielkanoc ma pogańskie korzenie i należy mieć tego świadomość. Na czas przesilenia wiosennego u Słowian przypadał okres zwany Jarymi Godami. Żegnano zimę i witano wiosnę. Już wtedy palono i topiono Marzannę oraz pojawiał się Jaryło czyli młodzieniec na białym koniu, z wiankiem na głowie. Staremu Jaryle odcinano głowę i namaszczano młodego jako następcę. W najważniejszym momencie obchodów urządzano ucztę. Miała ona symbolizować dobrą wróżbę na nadchodzący rok. Sprzątano domy i ozdabiano je, składano sobie wizyty i dzielono się m.in. jajkiem. Oprócz Słowian także ludy germańskie wiązały początek wiosny z kultem bóstw. Wielbiono wówczas boginię Ostarę, która w wersji anglosaskiej nazywa się Ēostre. Przypuszcza się, że właśnie stąd wzięła się angielska nazwa świąt Wielkanocy – Easter.

Pisanki także mają pogańskie korzenie. Jajko od zawsze kojarzyło się z symbolem płodności czy życia, a z biegiem lat nabrały symboliki religijnej. Ozdabianie jajek miało miejsce już starożytnej Mezopotamii, ale także w Persji, Egipicie i Cesarstwie Rzymskim. Słowianie obdarowywali się barwiony jajkami podczas Jarych Godów i symbolizowały one zdrowie i pomyślność. I co ciekawe, na początku Kościół sprzeciwiał się temu zwyczajowi. Dopiero w XII wieku dzielenie się jajkami włączono do świąt Wielkanocy, wiążąc symbolikę odradzania się życia z zmartwychwstaniem Chrystusa. W historii możemy znaleźć także ciekawostkę, że jajko było… walutą i płacono nim podatki. W Bawarii instytucje kościelne obdarowywało jajkami osoby biedne. Po latach ten gest przekształcił się w zwyczaj i nadano mu religijną interpretację.

Pamiętacie jak za dzieciaka biegało się w poniedziałkowo-wielkanocny poranek z pistoletem na wodę lub odwiedzało się żeńską część rodziny z perfumami? Tak, to śmigus-dyngus czyli potocznie nazywany lanym poniedziałkiem. Podczas Jarych Godów był podobny zwyczaj, ale wówczas nie lano wodą kobiet. Wtedy chłostano się wzajemnie: kawalerowie panny, a panny kawalerów. Miało to przynieść oczyszczenie kobietom oraz podnieść płodność mężczyznom. Nazywano to wówczas „smaganiem”, dziś taki zwyczaj kojarzymy z biczowaniem Jezusa. Dyngus natomiast polegał na „wykupowaniu się” i jego korzenie pochodzą z Niemiec. Składano sobie wizyty i wykupowano sobie pomyślność przez gospodarza od gości, których należało suto ugościć.

Wielkanoc kojarzy się też z zającem. Zwierzę tę ma bardzo duże zdolności rozrodcze i podobnie jak w kilku innych przypadkach symbolizuje płodność. Początki tego symbolu mają miejsce w mitologii germańskiej. Według historyków zając był ulubionym zwierzęciem bogini Ēostre. W wielu miejscach na świecie, w tym w Polsce przyjął się niemiecki zwyczaj, iż podobnie jak Święty Mikołaj na Boże Narodzenie, zajączek w Wielkanoc przynosi dzieciom prezenty.

Pora kończyć ten nietypowy, edukacyjny felieton. W dzisiejszym wpisie posiłkowałem się różnymi źródłami by Wam przybliżyć nieco pochodzenie pewnych zwyczajów. A mogłem tylko napisać „Wesołych Świąt” i życzyć smacznej kiełbasy z chrzanem i jajka w ulubionym majonezie. Spędźcie ten okres tak jak lubicie, z dala od polityki, kłótni i wszelkich tematów, które są w stanie nas poróżnić. Przeżyjmy te święta po prostu w zgodzie ze samym sobą. Moje kolejne „wywody” i „mądrości” pojawią się dopiero za dwa tygodnie. Pozwolę Wam przez święta odpocząć od mojej osoby 😉

To był felieton „Okiem zwykłego mieszkańca”. Bo jestem zwykłym mieszkańcem Knurowa.
Pozdrawiam, Ariel Wojdowski

Fot. Canva