Felieton Ariela: Okiem zwykłego mieszkańca…

0
226

Okiem zwykłego mieszkańca
/ felieton Ariela /

W wielu miejscach naszego miasta można zauważyć przeróżne tabliczki zakazujące to czy tamto. Zakaz gry w piłkę, zakaz wyprowadzania psów. Swego czasu Knurów stał się medialny z racji znaków przy placach zabaw z przekreślonym butem na obcasie typu szpilki informujący, że taki rodzaj obuwia w tym danym miejscu jest zakazany. Czekam, aż pojawią się tabliczki z napisem „zakaz zakazywania zakazów”. Gdybyśmy mogli, zakazalibyśmy wszystkiego – dla zasady, ot tak.

Od zeszłego tygodnia zostałem właścicielem szczeniaczka, kundelka, który ubarwił moje życie. Zawsze chciałem mieć psa, wychodzić z nim na spacery i opiekować się z nim. Z takim zwierzęciem należy dość często wychodzić na dwór w celu załatwienia jego spraw fizjologicznych. No właśnie, tutaj zaczynają się schody – na moim osiedlu, gdzie przed każdym blokiem jest skrawek zieleni, możemy natknąć się na tabliczkę z informacją, że w tym miejscu nie można wyprowadzać psa – i tak jest przy każdym budynku mieszkalnym. Pytam więc – gdzie mieszkańcy posiadający czteronożnych pupili mają udać się z psem na spacer skoro nigdzie nie można? Czy każdy właściciel psa powinien tresować swoje zwierzę i uczyć z korzystania z toalety w mieszkaniu?

Tabliczki znajdują się w pobliżu bloków mieszkalnych, w podwórzach kamienic oraz na miejskich trawnikach ustawiane przez administracje osiedli, zarządców lub produkowane przez samych mieszkańców. Czemu one służą? Otóż niejeden z nas spotkał się z pobrudzoną ścianą miejskiego bloku czy kamienicy obitą piłką, a częściej mieliśmy nieprzyjemność natknąć się na niesprzątnięte psie nieczystości. Obrazy takie budzą irytację, u niektórych wywołują potrzebę szybkiej naprawy takiego stanu, który jak im się wydaje, przywrócą tabliczką z zakazem wetkniętą w skwer. Czy to działa? Oczywiście, że nie – zarządca „zakazu”, lub przypadkowy przechodzień zgadzający się z nim, zagrozi wezwaniem Straży Miejskiej pewny, że ustanowione przez niego, w tej właśnie formie, prawo stało się od tego czasu chronione. Tymczasem bardzo wątpliwe jest aby Straż Miejska zechciała przyjechać, a co dopiero karać mandatem osobę, która „zakaz” złamała spacerując po trawniku ze swoim psem.

Lubimy narzekać i mówimy, że młodsze pokolenie siedzi nosem w telefonach i komputerach. Zaś z drugiej strony na osiedlach mnożą się rozmaite zakazy utrudniające zabawę na świeżym powietrzu. Najczęściej zakaz tyczy się gry w piłkę nożną. Zakaz gry w piłkę – to decyzja administracji, często podejmowana w wyniku interwencji innych mieszkańców. Na hałas i zabawy pod blokiem często skarżą się najstarsi sąsiedzi, czasem dochodzi do tego, że wzywana jest nawet Policja i Straż Miejska.

Pokolenie obecnych 30- i 40-latków, które wychowało się bez social mediów, gier komputerowych często swój wolny czas spędzało na podwórku pod blokiem. Główną rozrywką oprócz ćwiczeń na trzepaku i zabaw w podchody była oczywiście gra w piłkę. Patrząc na znaki ustawiane dziś przez spółdzielnie czy wspólnoty mieszkaniowe, wydaje się, że dziś takiej możliwości nie ma. A pamiętajmy, że największe talenty „rodzą się” właśnie na osiedlowych boiskach, gdzie trawa jest nierówna a bramki są zbudowane z plecaków.

Przeróżne znaki zakazów, które możemy spotkać na osiedlach mieszkaniowych jest stawiany na wniosek mieszkańców, gdyż albo przeszkadza hałas, albo martwią się o stan pobliskiego skweru lub nasadzeń roślinnych. Często są to osoby starsze ceniące sobie spokój, mimo że same przed laty nie miały nic przeciwko grze swoich dzieci w piłkę. Jednym z argumentów osób wnoszących o wprowadzenie takich przepisów lokalnych jest np. obecność w pobliżu boiska szkolnego, „orlika” lub osiedlowego placu zabaw.

O tym, że sami sobie nawzajem utrudniamy sobie życie wyznaczając przeróżnego typu zakazy wiadomo nie od dziś. Większość zakazów jednak są bezpodstawne. Okazuje się, że tego typu regulacje także nijak się mają do rzeczywistości. Choć dziś niewielki odsetek dzieci i młodzieży zainteresowany jest tego typu rozrywkami, zakaz taki niekoniecznie ma odpowiednie umocowanie w prawie. Często jest ustanawiany na podstawie uchwały wspólnoty mieszkaniowej wobec terenów, które do niej przynależą. Tego typu rozwiązania są zazwyczaj nielegalne i nie mają absolutnie żadnej mocy prawnej. Takie „zakazy” można zignorować i poinformować zarządcę nieruchomości, który najpewniej nakaże usunięcie zbędnego oznakowania.

Jaką podstawę prawną posiada tabliczka: „zakaz gry w piłkę” i „zakaz wprowadzania psów na trawniki”? Chyba już się domyślacie. W miejscach publicznych, w przestrzeni miejskiej – kompletnie żadnej. Zakazy te to twórczość administracji lub sfrustrowanego nieporządkiem lub hałasem okolicznego mieszkańca. Jeżeli dzieci grają w piłkę pod blokiem, powinno się im zwrócić uwagę aby nie uszkodziły niczego podczas zabawy. Za ewentualne szkody odpowiadać będzie opiekun lub ich rodzic. Z „zakazem wyprowadzania psów na trawniki” sprawa wygląda podobnie. Właścicielowi czworonoga nie możemy zakazać wstępu, lub wprowadzania psa na tereny zielone, które są terenami publicznymi z uwagi na fakt, iż posiada do tego takie samo prawo jak każdy z nas. Jego obowiązkiem jest natomiast dopilnowanie psa, aby ten nie wyrządził szkód, oraz aby po nim posprzątać, gdyż tylko za to może zostać ukarany.

Rozumiem, że takowe tabliczki mają na celu regulację życia społecznego na osiedlu i w samym mieście. Większość z nich nie posiada jednak żadnej podstawy prawnej, a ich umieszczenie buduje wyłącznie negatywną atmosferę wśród mieszkańców wprowadzając niepotrzebne spory i podziały. Może zamiast stawiać znaki zakazów zainwestujmy w więcej pojemników z woreczkami na psie odchody czy mniejsze boiska osiedlowe dla dzieciaków, a jeśli jest to zbyt kosztowne, to wystarczy zmienić formę przekazu na tabliczkach: zamiast zakazu – prośba. Inna forma, a przekaz, który chcieliśmy osiągnąć pozostaje ten sam, jednak odbiór jest już zdecydowanie lepszy, bardziej przyjazny i o wydźwięku edukacyjnym. Z psychologii wynika jasno, że chętniej przyjmujemy życzliwe napomnienie niż krzykliwe zwrócenie uwagi, warto więc to wykorzystać.

Zakazy ustawiane w miejscach publicznych dzielą miasto i mieszkańców. Stają się groźbą frustrata, który nie potrafi poradzić sobie z zastanym stanem rzeczy i próbuje egzekwować go na swój sposób. Wkrótce dojdziemy do absurdów gdzie zaczną się pojawiać tabliczki typu „zakaz otwierania okien na klatce schodowej”, ponieważ autor zakazu nie lubi świeżego powietrza, a inny mieszkaniec lubi nagminnie otwierać okna. Innych pomysłów nie będę przedstawiał, bo jeszcze komuś dam inspirację i takowe zakazy się pojawią w przestrzeni publicznej.

Widząc te wszystkie zakazy już nie wiem czy się śmiać czy płakać. Zamiast je ustanawiać, warto innego człowieka wysłuchać, wytłumaczyć i pomóc mu zrozumieć, z pożytecznym skutkiem dla siebie i dla innych, pamiętając przy tym zasadę, że gdy nie wiemy jak się zachować – zachowujmy się grzecznie. Zarówno jeśli dotyczy to wyprowadzania psów na trawnik czy gry w piłkę przez dzieciaki na podwórku.

To był felieton „Okiem zwykłego mieszkańca”. Bo jestem zwykłym mieszkańcem Knurowa.
Pozdrawiam, Ariel Wojdowski